Przychodzę do Was z tym wpisem z dużą niepewnością, ponieważ sama wciąż jestem na drodze poznania. Tym bardziej zachęcam Was do włączenia się do dyskusji, komentowania i dzielenia się swoimi spostrzeżeniami oraz własnym rozeznaniem.
Stanęłam na rozdrożu dróg…
Nie po raz pierwszy w życiu - i zapewne nie ostatni.
Opcja „A”…
Opcja „B”…
Co wybrać?
Mam wrażenie, że nie potrafię dokonać wyboru.
Znacie to uczucie?
Niekończące się analizowanie zdaje się nie mieć końca...
Za jednym argumentem „za” pojawia się kolejny argument „przeciw” - i tak w kółko.
Proszę Boga, by wskazał mi drogę.
W swoich modlitwach stawiam pytania, lecz - o dziwo - nie otrzymuję odpowiedzi.
Aż któregoś dnia, czytając cytowaną już prze ze mnie książkę Marie Paul Curley: „Zobacz siebie oczami Boga”, trafiam na słowa:
„(Jezus) Mówi: „Jestem drogą”, a nie „Pokażę wam drogę”.
To było jak olśnienie.
Zrozumiałam bowiem, że jak dziecko czekałam, aż ktoś podejmie za mnie decyzję, dokona trudnego wyboru i powie mi, co mam robić.
Dlaczego?
Bo bałam się odpowiedzialności!
Bo przy podejmowaniu decyzji towarzyszył mi lęk.
Bo co, jeśli poniosę porażkę?
Jeśli mój wybór okaże się błędny?
Jeśli będę tego żałować?
Jeśli sobie nie poradzę?
Kogo wtedy obwinię za ten wybór?
Chcemy, aby inni rozwiali nasze wątpliwości.
A później - gdy pojawiają się trudności - bo prędzej czy później zawsze się pojawiają - winimy za "zły wybór" tych, którzy nam doradzali.
Nie bierzemy odpowiedzialności.
Zapominamy, że ostatnie słowo należało właśnie do nas.
Ileż miłości dostrzegam w tym, że Bóg szanuje naszą wolną wolę.
Pozwala nam nawet zabłądzić.
Popełnić błąd...
Pomylić się.
A gdy się ockniemy - przyjmuje nas z powrotem.






